Joachim Brudziński: tragedii w Smoleńsku można było uniknąć - wywiad dla tygodnika Wprost

20.07.2010 | Wprost

Pełna wersja wywiadu z Joachimem Brudzińskim dla tygodnika „Wprost”, a w niej między innymi:

o słabości państwa polskiego

Proszę zwrócić uwagę, jak słabe jest państwo polskie, jeżeli 12 godzin po katastrofie premier polskiego rządu i jego współpracownicy nie byli w stanie wyegzekwować od Rosjan, jak również osobiście nie zadbali o potraktowanie z odpowiednim szacunkiem ciała Prezydenta RP. Dzisiaj tłumaczą się, że to wynikało z konieczności przestrzegania procedur i obowiązującego rosyjskiego prawa. Nie sądzę aby przeniesienie z błota w suche miejsce, rozwinięcie namiotu, okrycie ciała biało-czerwoną flagą i zaciągnięcie warty przez żołnierzy kompanii reprezentacyjnej WP było złamaniem jakichkolwiek procedur. Mając od 12 godzin wiedzę o sytuacji na miejscu katastrofy, oraz w dyspozycji służby i instytucje całego państwa polskiego ani premier, ani nikt z jego współpracowników o tym nie pomyślał. Czy jest pan w stanie wyobrazić sobie analogiczną sytuację, gdyby nie daj Boże doszło do podobnej katastrofy samolotu rosyjskiego na terytorium Polski. Czy wierzy pan, że jakikolwiek rosyjski premier, nawet gdyby był wstrząśnięty rozmiarami katastrofy, zachowałby się tak jak premier Donald Tusk? Dlatego, moim zdaniem trzeba o tym mówić i będziemy o tym mówić.

jak wyglądało miejsce katastrofy

Wokół panował chaos, bałagan czego najlepszym dowodem jest fakt, że wśród żołnierzy, którzy mieli pilnować tego terenu znalazły się osoby, które ukradły karty kredytowe śp. Andrzeja Przewoźnika. Wie pan kto był jedyną osobą świetnie tam zabezpieczoną? Władimir Putin. Jego majestat, majestat państwa rosyjskiego w żaden sposób tam naruszony nie był. Kilkadziesiąt metrów dalej stał świetnie wyposażony namiot, z łącznością satelitarną, wszystko było perfekcyjnie przygotowane.

Zapraszamy do lektury.

******

Tomasz Machała: Dlaczego w kampanii wyborczej odmawiał pan wywiadów?

Joachim Brudziński: Byłem bardzo zajęty. Odpowiadałem za kampanię w terenie, przygotowywałem wizyty prezesa.

T.M.: Tyle że nie był pan jedynym politykiem PiS, który do wyborów zawiesił występy w mediach. I tak się złożyło, że zawiesili ją właśnie ci posłowie, którzy zawsze najostrzej się wypowiadali.

J.B.: To jest jeden z bardzo wielu mitów. Bardzo bym prosił, żeby wskazać na czym ta ostrość czy agresja mojej aktywności medialnej miała polegać?

T.M.: Najogólniej mówiąc - dobitniej niż inni wyraża pan swoje przekonania.

J.B.: Taki mam styl. Natomiast uważam się za człowieka wyjątkowo łagodnego serca i muszę panu powiedzieć, że te wszystkie przyprawiane mi gęby, że jestem „platformożercą” i oszalałem z nienawiści, są absolutnie nieprawdziwe. Zapewniam Pana, że w Platformie jest wiele osób, które cenię i szanuję.

T.M.: Dlaczego nie chce pan potwierdzić rzeczy oczywistej? PiS w kampanii schowało posłów mających ostry wizerunek.

J.B.: To jest pana teza.

T.M.: To nieprawdziwa teza?

J.B.: Oczywiście że nieprawdziwa, bo jaki problem byłby w tym, abym wypowiadał się łagodniej i był jak synogarlica? Zapewniam Pana, że potrafię mówić łagodniej od Joasi Kluzik-Rostkowskiej, czy od Eli Jakubik, czy od Pawła Poncyljusza.

T.M.: Serio?

J.B.: Serio, (śmiech) serio. Moja pozycja w partii jest na tyle mocna, że nie ma problemu, aby ktoś zamykał mi usta. Gdybym chciał udzielać wywiadów, to bym to robił. Nie miałem i wynikało to wyłączenie z tego, że byłem zajęty.

T.M.: I jakoś tak po prostu ta ochota do gadania przeszła także Zbigniewowi Ziobro, Jackowi Kurskiemu, Michałowi Kamińskiemu, Markowi Suskiemu?

J.B.: Naprawę nie jest tak, że tutaj w PiSie jest jakiś beton w postaci starego zakonu PC - ludzi odmóżdżonych, pełnych agresji, nienawiści do otaczającego świata i są synogarlice w postaci Joasi Kluzikowej, czy Eli Jakubiakowej, znienawidzone przez tych oszalałych z nienawiści PC-towców. No i są „Ziobryści”, którzy się nie nienawidzą z kolei ze „spin doktorami”. I jeszcze są jacyś muzealnicy. I sprawia się wrażenie, że tak naprawdę ta partia funkcjonuje tylko i wyłącznie w oparciu o wzajemne ataki, wzajemne agresje i raz jedna grupa uzyskuje przewagę, potem druga uzyskuje przewagę. To naprawdę bardzo, ale to bardzo nieprawdziwy obraz partii.

T.M.: Ale teraz znów pan mówi. I powiedział pan, że ciało prezydenta leżało w Smoleńsku w błocie w ruskiej trumnie. Jacek Kurski stwierdził, że odreagowuje pan trzy miesiące cenzury.

J.B.: Poprosiłem Jacka Kurskiego żeby był uprzejmy nie zajmować się moimi emocjami. Ja nie wnikam w emocje Jacka Kurskiego. Wiem że nim te emocje teraz targają, ma być licytowany jego samochód i niech Jacek nie zajmuje się również moimi emocjami.

T.M.: On mówił o czymś znacznie więcej niż o emocjach. Powiedział, że była cenzura, a wy mieliście zakneblowane usta. A teraz ten plaster możecie już zdjąć.

J.B.: Nikt mi ust przez trzy miesiące nie kneblował. Nie wiem czy Jacek miał takie poczucie, że jemu ktoś knebluje. To co powiedziałem o ruskiej trumnie było prawdą.

T.M.: Powiedział pan to w emocjach czy na chłodno?

J.B.: Nie jestem odmóżdżonym, nieemocjonalnym cyborgiem. Ilekroć wracam do 10 kwietnia, to oczywiście emocje się pojawiają.

T.M.: Zastanawiam się, jak mógł pan przez trzy miesiące kampanii głęboko to przeżywać i jednocześnie nie powiedzieć ani jednego słowa. I powiedzieć tak wiele słów, gdy skończyły się wybory.

J.B.: Nigdy przez te ostatnie tygodnie pamięć o tym, co tam się wydarzyło nas nie opuściła. Nigdy. Cały czas nam to towarzyszyło. Czy pan sobie wyobraża, że trwają pogrzeby, a my wtedy wytaczamy te armaty czy te argumenty?

T.M.: Mówię o waszym milczeniu przez maj, czerwiec i pierwsze dni lipca. I o gwałtownym powrocie do tematu teraz.

J.B.: Wybaczam Panu ten zarzut, naprawdę mówię to bez żadnej ironii, absolutnie tak po ludzku wybaczam Panu ten zarzut, który mi Pan teraz stawia, że mówiąc to co powiedziałem, kierowałem się politycznym wyrachowaniem.

T.M.: Mówię nie tylko o Panu, mówię także o Jarosławie Kaczyńskim.

J.B.: W imieniu Jarosława Kaczyńskiego, chociaż nie jestem do tego w żaden sposób uprawniony też ten zarzut Panu wybaczam. Mówienie dzisiaj że nim czy mną kieruje polityczne wyrachowanie jest czymś naprawdę niesprawiedliwym.

T.M.: To co takiego zaczęło się po wyborach, że w poniedziałek Jarosław Kaczyński zażądał przeprosin, we wtorek pan powiedział o „ruskiej trumnie”, a w środę znów Jarosław Kaczyński powiedział o „zbrodniczej polityce rządu”.

J.B.: Skończyła się kampania wyborcza, a można odnieść wrażenie, że dla rządzących wygodniej byłoby, żeby temat katastrofy smoleńskiej jak najszybciej zniknął z przestrzenie publicznej, żeby został zamieciony pod dywan. Żeby nie była kontynuowana próba dojścia do rzetelnej prawdy.

To nie był zwykły wypadek autokaru czy samolotu. Nie można przejść od tak sobie do porządku dziennego nad tą tragedią. Dochodzenie jest dochodzeniem póki co bardzo nieskutecznym.

T.M.: I naprawdę nie widział pan tego już w czerwcu?

J.B.: W czerwcu każdy, każdy tego typu głos byłby odebrany jako element kampanii wyborczej.

T.M.: Bo byłby nim.

J.B.: Odwrócę pytanie - czy pan jako dziennikarz życzył by sobie takiej kampanii? Chciałby Pan żebyśmy w kampanii używali tych argumentów, gdzie naszym kandydatem na prezydenta Rzeczypospolitej był brat zmarłego prezydenta. Chciałby pan takiej kampanii?

T.M.: Nie chcę żeby katastrofa ani w kampanii, ani po kampanii była grą polityczną.

J.B.: Już panu powiedziałem szczerze, że wybaczam Panu ten zarzut, że sądzi Pan że byłbym emocjonalnie zdolny do tego, żeby tragedią prezydenta Rzeczpospolitej, tragedią Krzysztofa Putry, którego mi tak po ludzku bardzo brakuje, tragedią Przemka Gosiewskiego, Aleksandry Natalii-Świat, Grażyny Gęsickiej grać na potrzeby politycznego uzysku. Po prostu nie byłbym w stanie.

T.M.: Gdyby Jarosław Kaczyński był dziś prezydentem, to też do tego tematu wróciłby w ten sposób? W kampanii mówił, że chce wielkiego planu budowy Polski.

J.B.: A dlaczego pan uważa że to się wyklucza?

T.M.: Dlatego, że temat katastrofy w ten sposób podejmowany tak silnie was konfliktuje z Platformą. A temat budowy musiałby was łączyć z Donaldem Tuskiem, bo to jednak premier i Sejm mają więcej narzędzi do tego budowania.

J.B.: Co może być antagonizującego w chęci wyjaśnienia katastrofy, w której zginęli przedstawiciele wszystkich partii parlamentarnych w tym również Platformy Obywatelskiej.

T.M.: Bo mówicie tak o tym że to musi was antagonizować. Jarosław Kaczyński mówi że gdyby nie było dwóch wizyt, może nie było by tragedii. Prostą konsekwencją tego są słowa, że Tusk ma krew na rękach.

J.B.: Nie graliśmy w kampanii i nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby grać tą tragedią. I co najważniejsze – nie przeszło to przez myśl Jarosławowi Kaczyńskiemu.

T.M.: A teraz przechodzi to przez myśl?

J.B.: A dlaczego uważa pan że my tym gramy?

T.M.: A dlaczego Jarosław Kaczyński żąda przeprosin od wszystkich, którzy obrażali jego brata teraz, a nie 2 miesiące temu?

J.B.: Jarosław Kaczyński jest politykiem tym różniącym się od PO, że on nie potrzebował traumy, jaką była tragedia, żeby słowo przepraszam powiedzieć. W styczniu 2009 przeprosił.

T.M.: Pytam nie o jego przeprosiny, ale o domaganie się ich od innych.

J.B.: Pan to odbiera jako domaganie. Jarosław Kaczyński mówi wyraźnie – on nie będzie współpracował z nikim kto nie przeprosi.

T.M.: Od kogo Jarosław Kaczyński oczekuje dziś przeprosin? Janusza Palikowa, Stefana Niesiołowskiego, czy także od Bronisława Komorowskiego?

J.B.: Pan uważa że nie ma za co przepraszać?

T.M.: Uważam że było bardzo wiele obraźliwych wypowiedzi ale z obu stron.

J.B.: Z obu? Spróbujmy to zważyć: dożynanie watah, patroszenie Jarosława Kaczyńskiego...

T.M.: Dziadek z Wermachtu.

J.B.: A czy Jacek Kurski nie miał racji? Mylił się tutaj? Czy kłamał? Z tego co wiem mówił prawdę.

T.M.: Kto powinien przepraszać?

J.B.: Wszyscy którzy nie mają czystego sumienia.

T.M.: W jaki sposób?

J.B.: Normalnie, po ludzku.

T.M.: Przecież to historia polityczna.

J.B.: Nie sądzę. Poprzez tolerowanie przez szefostwo PO tego, co wygaduje Janusz Palikot, jest to najlepszym dowodem, że Platforma uznała, że jeśli uda się przywrócić ten poziom dyskursu sprzed 10 kwietnia, to będzie jej to służyło.

T.M.: To jest celowe pana zdaniem?

J.B.: Oczywiście.

T.M.: Czy bez przeprosin możliwa jest współpraca Jarosława Kaczyńskiego z Bronisławem Komorowskim?

J.B.: W kwestiach technicznych oczywiście tak. Nie będziemy bojkotować posiedzeń Sejmu.

T.M.: Co więc oznacza, że nie będzie współpracy?

J.B.: Politycznej w sensie powrotu do koncepcji PO-PiSu, tak jak przed wyborami 2005.

T.M.: Czyli Jarosław Kaczyński wykluczył koalicję z Platformą, o to chodziło?

J.B.: Wykluczył koalicję, ale też jakąkolwiek ściślejszą współpracę polityczną.

T.M.: Będzie więc wojna.

J.B.: Nie chcę żadnej wojny. Ani o krzyż, ani o Smoleńsk. Miałem naiwną nadzieję że my do poziomu dyskursu, przed jakim mieliśmy do czynienia przed 10 kwietnia nie wrócimy.

T.M.: Ale wróciliśmy i wy też wróciliście. Bo jaki to jest pozom dyskusji, jeśli rzecznik pana klubu porównuje przeniesienie krzyża sprzed pałacu do PRLowskiej wojny z krzyżem.

J.B.: Z dużym zdziwieniem przyjąłem że jedną z pierwszych decyzji Bronisława Komorowskiego było przeniesienie krzyża. Nie chcę grać szczerymi intencjami tych którzy krzyż stawiali. Uważam za niedopuszczalne aby symbol krzyża był wykorzystywany czy to przez polityków PO czy PiS.

T.M.: To coś nowego – bo poseł Jolanta Szczypińska mówi, że będzie broniła własnym ciałem tego krzyża.

J.B.: Nigdy nie uwierzę, że ten krzyż w jakikolwiek sposób prezydentowi Komorowskiemu przeszkadza. Jestem ostatni, który na potrzeby sporu politycznego chciałby grać emocjami tych którzy kierowani czystością swoich intencji pod tym krzyżem się modlą.

T.M.: Nie wydaje się panu mocno niestosowne porównywanie decyzji Bronisława Komorowskiego do decyzji komunistycznych aparatczyków, którzy walczyli z krzyżem? Komorowski siedział w PRLowskim więzieniu, był internowany.

J.B.: Nie byłoby tej wypowiedzi, gdyby nie zapowiedź decyzji ze strony prezydenta - elekta.

T.M.: Kogo postawiło PiS na czele zespołu, który ma zajmować się katastrofą smoleńską?

J.B.: Antoniego Macierewicza.

T.M.: Dlaczego jego?

J.B.: A dlaczego nie?

T.M.: A ile jest w klubie PiS osób bardziej konfliktujących niż A. Macierewicz?

J.B.: Antoni Macierewicz jest jedną z tych osób dzięki walce których, o wolną i niepodległą Polskę, my wszyscy, w tym również jego obecni przeciwnicy możemy zasiadać w parlamencie demokratycznej i wolnej Polski. Dlatego lepiej niech połkną swój język albo dwa razy się w niego ugryzą zanim zaczną rzucać kalumnie pod jego adresem. Ja mam do ministra Macierewicza zaufanie.

T.M.: Przeciwnicy mówią, że jest ogarnięty spiskową teorią dziejów. Oskarżył pięciu ministrów spraw zagranicznych o bycie rosyjskimi agentami.

J.B.: To już stare śpiewki. Dla mnie Antoni Macierewicz to osoba, która ma ogromne doświadczenie w sferze bezpieczeństwa i służb specjalnych. Był ministrem spraw wewnętrznych i administracji, szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jego doświadczenie będzie bardzo przydatne.

T.M.: Czy PiS złoży wniosek o powołanie komisji śledczej?

J.B.: Wierzę, być może naiwnie, że uda się tą tragedię wyjaśnić. Przez polską prokuraturę, bo w dobrą wolę Rosjan nie za bardzo chce mi się wierzyć...

T.M.: Bo zależy im ukryć prawdę? Nie jest ich interesem zamknąć tą sprawę jak najszybciej?

J.B.: Słyszałem, trzeba to sprawdzić, że największe katastrofy lotnicze w Rosji zawsze kończyły się orzeczeniem takim samym: winy pilota. Obserwując to co się działo tam przy okazji olbrzymich tragedii, ataków terrorystycznych – w Rosji jest dosyć specyficzne, podejście do standardu życia ludzkiego i do procedur. Wiele śledztw w Rosji dotyczących tajemniczych zgonów np. niezależnych dziennikarzy nie zostało do końca wyjaśnionych. Z tego wynikają nasze obawy o prawidłowy tok tego śledztwa.

T.M.: Ile dajecie czasu zanim złożycie wniosek o komisję?

J.B.: Nie ma w tej chwili żadnej decyzji.

T.M.: Dlaczego uważacie, że gdyby w kwietniu była do Katynia jedna, wspólna delegacja Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego, to nie doszłoby do katastrofy?

J.B.: Mam bardzo szczegółowe kalendarium tej sprawy od początku roku. Już 27 stycznia Kancelaria Prezydenta RP powiadomiła Rosjan i polski MSZ, że Prezydent Lech Kaczyński weźmie udział w obchodach 70. rocznicy zbrodni Katyńskiej. Tymczasem 3 lutego do akcji włączył się premier Putin zapraszając na te uroczystości Donalda Tuska. Po raz pierwszy od 20 lat strona rosyjska postanowiła zorganizować własne obchody, bo wcześniej były one organizowane corocznie przez stronę polską. 8 lutego minister Sikorski publicznie radził Lechowi Kaczyńskiemu, aby nie jechał do Katynia. Mam bardzo duże wątpliwości co do tego, czy rząd na potrzeby walki z ówczesnym prezydentem zbyt lekko i naiwnie nie dał się wmanewrować Rosji w wewnętrzną rozgrywkę. Czy Rosja nie wykorzystała walki premiera i Platformy z urzędującym prezydentem do tego żeby tę sprawę rozgrywać. Gdyby nie ten poziom „wścieklizny politycznej” z którą mieliśmy do czynienia przed 10 kwietnia, to do tej tragedii by nie doszło.

T.M.: Jest 10 kwietnia, samolot rozbił się o 8:41. Dlaczego nie chcieliście lecieć na miejsce z Donaldem Tuskiem?

J.B.: My o godzinie 11:00 wiedzieliśmy już, że mamy samolot, jesteśmy przygotowani do wylotu, była decyzja że lecimy. Wtedy premier dopiero przygotowywał się do posiedzenia rządu.

T.M.: O której premier zadzwonił z zaproszeniem?

J.B.: My już wtedy mieliśmy wszystkie sprawy załatwione, czekaliśmy na odlot. Można przypuszczać, że decyzja premiera Donalda Tuska o wylocie do Witebska została podjęta wtedy, gdy kanałami dyplomatycznymi zorientowali się, że trwają nasze przygotowania do wylotu.

T.M.: Wylądowaliście w Rosji dwie godziny przed premierem ale dojechaliście na miejsce później.

J.B.: Tempo naszej jazdy było bardzo spowalniane inaczej delegacja z premierem nie miałaby najmniejszych szans nas wyprzedzić, bo przecież wylądowaliśmy jakieś dwie godziny wcześniej. To rzeczywiście tragikomicznie wyglądało już w samym Smoleńsku, bo podjechaliśmy pod bramę lotniska i spod bramy nas zawrócono. Kierowca naszego autokaru musiał nieźle manewrować by zawrócić dużym pojazdem na wąskiej drodze. Potem kręciliśmy się bez celu po ulicach Smoleńska.

T.M.: Wjechaliście po kilkunastu minutach oczekiwania.

J.B.: W końcu nas wpuścili. Teraz czytam relacje osób towarzyszących Donaldowi Tuskowi, że było pytanie, czy premier Kaczyński życzy sobie kondolencji.

T.M.:Czy przyjmie kondolencję.

J.B.: Gdybym ja chciał złożyć komuś kondolencję, będąc wcześniej na miejscu zrobiłbym to wcześniej. Była okazja by to zrobić kiedy przyjechaliśmy, kiedy byliśmy na miejscu. Czy sądzi Pan że premier Kaczyński nie przyjął by wyciągniętej ręki Donalda Tuska wtedy? Nie sądzę żeby tak było. Ale nie było tam premiera Donalda Tuska. On w tym czasie był pod namiotem razem z Władimirem Putinem.

T.M.: A kondolencje od Władimira Putina?

J.B.: Gdy zbieraliśmy się do wyjazdu padła propozycja, że pan premier Putin łaskawie prosi pana Kaczyńskiego do namiotu, bo zechce mu złożyć kondolencje. Wyglądało to trochę tak: „Imperator Wszechrusi wzywa łaskawie do swojego namiotu, przed swoje oblicze”. Z tego że Jarosław Kaczyński tam nie poszedł byłem wtedy i jestem dziś bardzo dumny. Zachował się jak mąż stanu.

T.M.: Co zobaczyliście na miejscu katastrofy?

J.B.: Pan Donald Tusk, w moich oczach nie jak polityk, ale także jako człowiek szacunku nigdy mieć nie będzie. Właśnie za to, że poszedł pod namiot na suche, świetnie przygotowane miejsce, pod którym to namiotem po raz kolejny, wspólnie z Panem premierem Putinem wyrażał swoją rozpacz i żal a kilkadziesiąt metrów dalej na folii, na noszach leżały ciała prezydenta Rzeczpospolitej, wicemarszałka Sejmu i ostatniego prezydenta na uchodźstwie w błocie bo tak to należy powiedzieć.

T.M.: Minister sprawiedliwości powiedział, że nie rozumie pan procedur. Te ciała, jego zdaniem nie mogły być przeniesione.

J.B.: Przecież były przenoszone, bo to nie było miejsce w którym je znaleziono. Nie winię za to Rosjan, u nich jak to mówią „ludzi mnogo”. Zresztą wielu Rosjan, których wtedy spotkaliśmy było wobec nas bardzo uprzejmych. Nigdy nie zapomnę ich wzruszenia i autentycznego współczucia jakie nam okazywali. Jesteśmy im za to wdzięczni. Ale kiedy Donald Tusk mówił tak wzruszająco o empatii i współczuciu, nie zdobył się na to, żeby zwrócić uwagę, że jest coś niestosownego w tym, jak ciało prezydenta, pierwszego obywatela Rzeczpospolitej jest traktowane.

T.M.: Czego pan oczekiwał?

J.B.: Czy w tym co mówię, jest jakieś wariactwo, że mam pretensję, że nad ciałem polskiego prezydenta, premier nie zadbał żeby został rozpostarty namiot? Czymś idiotycznym czy naiwnym jest oczekiwanie, że wraz z delegacją rządową pojawi się 4 żołnierzy kompanii reprezentacyjnej Wojska Polskiego, którzy zaciągnęliby wartę przy ciele? Proszę zwrócić uwagę, jak słabe jest państwo polskie, jeżeli 12 godzin po katastrofie premier polskiego rządu i jego współpracownicy nie byli w stanie wyegzekwować od Rosjan, jak również osobiście nie zadbali o potraktowanie z odpowiednim szacunkiem ciała Prezydenta RP. Dzisiaj tłumaczą się, że to wynikało z konieczności przestrzegania procedur i obowiązującego rosyjskiego prawa. Nie sądzę aby przeniesienie z błota w suche miejsce, rozwinięcie namiotu, okrycie ciała biało-czerwoną flagą i zaciągnięcie warty przez żołnierzy kompanii reprezentacyjnej WP było złamaniem jakichkolwiek procedur. Mając od 12 godzin wiedzę o sytuacji na mejscu katastrofy, oraz w dyspozycji służby i instytucje całego państwa polskiego ani premier, ani nikt z jego współpracowników o tym nie pomyślał. Czy jest pan w stanie wyobrazić sobie analogiczną sytuację, gdyby nie daj Boże doszło do podobnej katastrofy samolotu rosyjskiego na terytorium Polski? Czy wierzy pan, że jakikolwiek rosyjski premier, nawet gdyby był wstrząśnięty rozmiarami katastrofy, zachowałby się tak jak premier Donald Tusk? Dlatego, moim zdaniem trzeba o tym mówić i będziemy o tym mówić.

T.M.: Ciało prezydenta było przez kilka godzin wystawione na widok dziesiątek osób na miejscu katastrofy?

J.B.: Prokuratorów, zwykłych żołnierzy, OMONowców. Wokół panował chaos, bałagan czego najlepszym dowodem jest fakt, że wśród żołnierzy, którzy mieli pilnować tego terenu znalazły się osoby, które ukradły karty kredytowe śp. Andrzeja Przewoźnika. Wie pan kto był jedyną osobą świetnie tam zabezpieczoną? Władimir Putin. Jego majestat, majestat państwa rosyjskiego w żaden sposób tam naruszony nie był. Kilkadziesiąt metrów dalej stał świetnie wyposażony namiot, z łącznością satelitarną, wszystko było perfekcyjnie przygotowane.